Spółdzielnia – łóżko zamiast biurka

Końcówka lata. Przed oczami ceglane ściany dawnej fabryki. Patrzę na idealny przykład wykorzystania przestrzeni, która z zasady powinna być skazana na stratowanie, zrównanie z ziemią.  Tu jednak – na OFF Piotrkowskiej – zadbano i uchroniono kawałek historii miasta, a pofabryczne budynki stały się oazą spokoju, miejscem spotkań i niebanalnych biznesów. Oazą spokoju? Przecież każda letnia noc kończy się tu, kiedy wstaje słońce, a wieczorem trudno o miejsce przy stoliku. Gdzie więc jest ten spokój? W nas, już po godzinie na OFFie!

 

Do długiego barowego stołu w ogródku podchodzi Tomasz, właściciel jednej z pierwszych restauracji w tym miejscu. Bez ogródek po minucie jesteśmy na „Ty” i zostaję zabrany do świata sprzed OFFu. Witryna „Spółdzielni”, na którą patrzę, miała kiedyś zupełnie inny szyld. Dookoła nie było stylowych ogórków, światełek i oryginalnych wystaw sklepowych. Nie zaglądał tutaj również nikt bez specjalnej potrzeby. Co było w „Spółdzielni” wcześniej? Sklep z deskorolkami! Tak! Choć będąc dzisiaj w tym miejscu trudno w to uwierzyć. Patrząc dookoła, człowiek odnosi wrażenie, że to miejsce istnieje tu od zawsze. 

Kiedy „Spółdzielnię” otworzono po raz pierwszy, Tomasz uczył się bycia restauratorem. Była to bolesna nauka i totalna klapa. Brak gości i masa błędów nie zniechęciła go w dążeniu do stworzenia swojego małego marzenia w tym miejscu. Głośno otwartą restaurację po dwóch tygodniach cicho zamknięto. To nie był koniec. Wsłuchany w głosy klientów, nauczony doświadczeniem nie poddał się i przebudował, przeorganizował, przemyślał i kolejny raz otworzył „Spółdzielnię”. Miało to być przecież spełnienie marzeń i podzielenie się doświadczeniami zebranymi z podróży po USA, gdzie w małych knajpkach w San Diego Tomek układał w głowie swoje przyszłe menu i oczami wyobraźni widział takie miejsce w Łodzi. 

 

Do naszego stolika podchodzi Dominika, żona Tomka. Otwiera przede mną jeszcze inne rozdziały tej historii, opowiada o pierwszych pomysłach i wyjaśnia dlaczego właściwie „Spółdzielnia”. Początkowo miały mieć tu miejsce cotygodniowe targi warzyw i owoców dla lokalnych producentów. Jesteśmy jeszcze przecież w czasach, kiedy OFFu nie było, a zimne przestrzenie straszyły pustką. Życie jednak napisało inny scenariusz i ten kawałek Łodzi stworzył sam siebie dzięki ludziom, którzy nie bali się swoich marzeń.

Dzisiaj „Spółdzielnia” to jedna z najbardziej znanych restauracji w Łodzi. W weekend, bez rezerwacji stolika, wieczorem można zapomnieć o kolacji. Przychodzą tutaj studenci, zapracowani biznesmeni, ale również roześmiani turyści. Panuje luźna, choć nie luzacka atmosfera. Po godzinie w tym miejscu – mimo lekkiego gwaru i pory obiadowej – odnalazłem swój spokój.

Mocno też zgłodniałem, dlatego postanowiłem spróbować burgera. Całe menu nie jest dziełem przypadku i w dużej mierze opiera się na lokalnych dostawcach. Kiedy któryś z nich nie dowiezie produktów, to menu po prostu się zmienia. Patrząc przez ogromne okno na coraz większą rzekę ludzi, czekałem na swój obiad. Kiedy już go dostałem, odetchnąłem z ulgą. Burger okazał się fotogeniczny, a do tego bardzo smaczny!

Kiedy Tomasz otwierał drugi raz „Spółdzielnię” szef kuchni roześmiał się, kiedy zobaczył, jak urządza się nowe biuro. Powiedział prorocze słowa: „Kup sobie łóżko zamiast biurka”. W grudniu 2014 roku te słowa stały się rzeczywistością. Każdy dzień to nowe wyzwanie i restauracja nie zamyka się raczej w dniu, w którym jej drzwi otwierają się dla gości, bo trudno przed północą odesłać do domu zaczarowanych tym miejscem ludzi.


ul. Piotrkowska 138/140, Łódź
tel. 786 258 555
www.spoldzielnia-lodz.pl

 

<< powrót