20 styczeń 2021

Mazda MX-30

Chłodny niedzielny poranek. Wnętrze samochodu, pomimo tego, że na zewnątrz było rześko emanowało ciepłem. Filc na drzwiach i wykończenia z korka w Mazdzie MX-30 od razu rzucają się w oczy. Szybko zauważyłem też brak dobrze znanego mi przycisku z napisem „Start”. Zamiast niego znalazłem „Power”. Przycisnąłem go i przez chwilę myślałem, że coś poszło nie tak. Po chwili zorientowałem się, że to już po wszystkim. Nie ma co czekać na klasyczny odgłos rozrusznika i dźwięk budzącego się ze snu silnika. Ot, jak za dotknięciem magicznej różdżki Mazda MX-30, w 100% elektryczny samochód, była gotowa do drogi. Czy czekał ją klasyczny dla tych samochodów dzień w miejskich korkach i długie oczekiwanie na parkingu przed biurem? O nie! Postanowiłem sprawdzić jak mazdowy elektryk sprawdzi się w czasie niedzielnego wypadu za miasto. Wszystkie obawy, które miałem w głowie przed podróżą już po kilku chwilach porwał wiatr, a ja delektowałem się napotykanymi po drodze atrakcjami. Podróż bez napięcia, choć jak najbardziej po napięciem. Posłuchajcie…

Dlaczego elektryk?
Na wstępie myślę, że warto wyjaśnić kilka kwestii. Nie czuję się specjalistą, ani nie posiadam szczegółowej wiedzy technicznej, ale wiem jedno – elektromobilność to przyszłość. Można oczywiście wdawać się polemikę i dyskusję nad przeróżnymi aspektami zagadnienia, ale zwolennicy i przeciwnicy tego rozwiązania muszą przyznać jedno. Świat oczekuje zmiany. Wydaje mi się, że stoimy jakże świadomie na progu pewnej epoki. Tak jak w 1885 roku wizja Carla Benza, konstruktora pierwszego samochodu z silnikiem benzynowym Daimlera mogła wydawać się szaleństwem i fanaberią, tak dzisiaj patrząc na „elektryki” trzeba spojrzenia w przyszłość. Może nie tę za rok czy dwa. Chodzi o szersze spojrzenie na problem emisji gazów i postępujące zmiany klimatyczne. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że ostatnie lata to przełom w sposobach pozyskiwania „zielonej” energii. Ta w przyszłości mogłaby napędzać pojazdy elektryczne dając naszej planecie większy oddech. Dosłownie. Istotną kwestią w tej dyskusji i rozważaniach o elektrykach jest świadomość. Musi być ona punktem wyjścia. Idea przyświecająca konstruktorom Mazdy MX-30 jest dla mnie spójna – idziemy w kierunku zmniejszania emisji gazów i przy okazji we wnętrzu auta korzystamy z komponentów z „odzysku”. Odciążamy w ten sposób planetę na dwa sposoby – pozbywamy się śmieci i nie wytwarzamy ogromnej ilości kolejnych. Rozmawiając z przeróżnymi osobami o elektrykach napotykam barierę „świadomości”. Nie każdy chce i nie każdy musi w ten sposób patrzeć na świat. Nie przekonam miłośników kilkusetkonnych silników do jazdy elektrykiem w imię wyższej idei. Pocieszający jest jednak fakt, że odkąd miałem okazję pojeździć z zieloną tablicą rejestracyjną zauważam na polskich drogach całkiem sporo elektryków. To znak, że rewolucja się zaczęła. Bez wystrzału i hałasu. Ważne jednak jest to, że jako ludzkość zrobiliśmy pierwszy krok.

To się nie uda
Nie ukrywam, że miałem w głowie całkiem sporo obaw czy uda mi się wykonać mój plan. Moje przyzwyczajenia i doświadczenie podpowiadały, że to się nie uda. Jestem miłośnikiem dalekich tras, spontanicznych decyzji i nigdy nie sprawdzam wcześniej czy na mojej trasie znajdują się stacje benzynowe. Podjąłem jednak polemikę sam ze sobą i uznałem, że skoro korzystam z nowej technologii to i moje podejście musi być nowe. Inne i wcale nie gorsze. Po prostu pierwszy raz od niepamiętnych czasów za pomocą mapy Google sprawdziłem jak długa jest trasa, którą chcę pokonać i gdzie będę miał możliwość „zatankowania” energii do Mazdy MX-30. Zajęło mi to kilka minut i wiedziałem, że jeśli chcę zrealizować mój plan będę musiał odwiedzić staję ładowania w Grodzisku Mazowieckim. Bez wstawania z fotela za pomocą specjalnej aplikacji sprawdziłem, że auto stojące przed domem ma akumulatory naładowane w 80% i pozwoli mi przejechać szacunkowo 179 km. Pozostało położyć się spać i rano wyruszyć w podróż.


Zielonym po zielonym
Moim punktem startowym była Warszawa. Pierwszy przystanek zaplanowałem w Truskawiu. Dojechałem do końca drogi gdzie przed moimi oczami dosłownie wyrosła ściana Puszczy Kampinoskiej. Czarnym szlakiem im. Kazimierza Wójcickiego ruszyłem w kierunku Obszaru Ochrony Ścisłej „Cyganka”. To był strzał w dziesiątkę. Spacerowałem tam tuż po wschodzie słońca w błogiej ciszy przerywanej jedynie śpiewem ptaków. Wędrówkę ułatwiały specjalne kładki, które suchą stopą pozwalały mi pokonywać puszczańskie mokradła. Założyłem, że ten pierwszy przystanek odpowiednio mnie nastroi i zadziała niczym naturalny filtr, który pozwoli mi zrzucić z siebie codzienny pęd i rozbiegane myśli. Doszedłem do Karczmiska i zawróciłem. Spacer zajął mi grubo ponad godzinę, ale czułem jak zupełnie zmieniło się moje nastawienie do tej podróży. Zacząłem się prawdziwie cieszyć z przebywania w samym sercu lasu. Kontynuując wycieczkę udałem się przez wieś Buda do końca drogi w Zaborowie. W głowie miałem przepiękną kładkę nad mokradłami z której podziwiać można dzikie ostępy Puszczy Kampinoskiej. Lubię takie miejsca, bo te kładki dają mi szansę podziwiania tego co w normalnych warunkach byłoby niemożliwe. Moje wspomnienie sprzed lat ani trochę mnie nie oszukało. Wędrując zielonym szlakiem delektowałem się promieniami październikowego przedpołudnia. W takich miejscach, jeśli nie ma obok innych turystów, jest niezwykle cicho. Lubię zatrzymać się na dłuższą chwilę i podziwiać pejzaże stworzone przez naturę. Zegarek dobijał prawie do godziny 11.00, więc ruszyłem w dalszą podróż. Tym razem dla zachowania równowagi wybrałem atrakcję typowo miejską i udałem się do Sochaczewa.

Ślady przeszłości
Muzeum Kolei Wąskotorowej podczas zwiedzania za każdym razem zachwyca mnie czymś innym. Tym razem, podróżując elektrykiem, chciałem odnaleźć tam ślady przeszłości, które wyznaczały wyraźnie granice zmian i rozwoju. Kolej sama w sobie to przecież coś niezwykłego, a jej odmiana w wersji wąskotorowej nieustannie w wielu zakładach przemysłowych pozostaje niezastąpiona. Choć dzisiaj może kojarzyć się głównie z atrakcją turystyczną to jeszcze 100 lat temu w nieoceniony sposób zasłużyła się w rozwoju przemysłu. A rozwój to przecież zawsze krok do przodu. Dzisiaj te lokomotywy, wagoniki i przeróżne konstrukcje ogląda się z sentymentem. Zwiedzanie muzeum rozpoczyna się od wprowadzenia w tło historyczne w pawilonie wystawowym. Na zewnątrz znajduje się mnóstwo eksponatów. Zawirowania historyczne sprawiły, że pochodzą one ze wszystkich zaborów. Ich przeznaczenie było różne – od transportu drzewa, przez składy pasażerskie, po pracę w przemyśle. Wynalazki obrazują dążenie do ciągłego ulepszania, rozwijania i modernizowania kolei wąskotorowej – początkowo wagony były ciągnięte przez konie, później powstały małe lokomotywy, aż stworzono skomplikowane konstrukcje napędzane silnikami spalinowymi. Z niektórymi egzemplarzami wiążą się niewiarygodne anegdoty – podobno w jednym wagonie podróżował Lenin, a minilokomotywą przypominającą niewielki samochód miał jechać sam marszałek Piłsudski. Kolejnym miejscem na mojej mapie była „mała Łódź”, czyli Żyrardów. W niemal niezmienionej formie, przetrwał tam do dziś oryginalny układ osady fabrycznej z przełomu XIX i XX w. W mieście króluje zrewitalizowany budynek dawnych zakładów lniarskich. Przechodząc przez teren dawnej przędzalni doszedłem do parku Dittricha. Idąc wśród parkowych alejek na wschód trafiłem do niezwykłego Muzeum Lniarstwa im. Filipa de Girarda. Wracając w kierunku samochodu zaparkowanego przed restauracją „Szpularnia” wybrałem drogę okrężną ulicami Limanowskiego, Narutowicza i Mireckiego. W tej „nieturystycznej” części Żyrardowa zobaczyć można przepiękne ceglane budynki, a także bardzo ciekawe „komórki lokatorskie” zachowane na niektórych podwórkach. Kropką nad i w Żyrardowie był obiad w „Szpularni”, a następnie czekała mnie droga powrotna do Warszawy.

Do pełna
Z „małej Łodzi” udałem się prosto do Grodziska Mazowieckiego. Dzięki aplikacji PlugShare wiedziałem, że przy ul. Żydowskiej na parkingu przy dworcu PKP znajdę dwie staje ładowania. Bez problemu trafiłem na miejsce i odnalazłem futurystyczne dla mnie skrzynie z kablami. Instrukcja wbrew pozorom jest bardzo prosta, więc po chwili Mazda MX-30 podpięta do ładowarki odzyskiwała energię, którą utraciłem w czasie całodziennej podróży. W planach miałem jeszcze tylko przejazd okrężną drogę przez Puszczę Kampinoską, więc bez pośpiechu oddałem się lekturze książki. Gdyby szybka ładowarka była sprawna mógłbym w dalszą podróż ruszyć po około 30-40 minutach. Niestety, coś nie funkcjonowało jak trzeba i ładowanie do 100% zajęło mi około 1 h i 30 minut. Ten przymusowy postój wykorzystałem dla siebie i poza czytaniem książki udałem się na krótki spacer po Grodzisku. Po zakończonym procesie ładowania szacunkowo mogłem pokonać 188 km, ale uprzedzając fakty nadmienię, że ostatecznie zasięg dobił do 208 km, więc uważam, że jest to bardzo dobry wynik jak na pierwszą podróż i jazdę po niemalże wszystkich typach dróg – od leśnych, przez szutry, drogi wojewódzkie, krajowe i autostrady. Łapiąc ostatnie promienie słońca udałem się do malowniczej wsi Truskawka i pobliskie łąki nad kanałem Łasica. To był idealny akcent na zakończenie podróży.
 

Minusy elektryka
Moje początkowe obawy rozwiały się w czasie podróży. Szukając minusów elektryka znalazłem ich kilka, ale co ciekawe nie są one związane z samym pojazdem, a raczej sposobem jego użytkowania. W normalnych warunkach po powrocie do domu na właściciela czeka ładowarka. Ja musiałem zaplanować podróż tak, żeby doładować się po drodze. Problemy napotkałem przy stacji ładowania. Jedna z dwóch była nieczynna, a przy drugiej tylko jedno miejsce parkingowe było wolne. Drugie zajął „król szos” i nie robiąc sobie nic ze specjalnego oznaczenia zablokował możliwość ładowania. Kolejnym minusem było to, że szybka ładowarka na którą liczyłem nie działała. To zmusiło mnie do zmiany planów. Zakładam jednak, że z czasem gdy stacji ładowania pojawi się więcej znikną podobne problemy, bo użytkownicy będą szybciej reagowali na awarię sprzętu czy pojazdy blokujące dostęp. Nabierając doświadczenia wiem, że planując kolejną podróż starałbym się unikać ładowania w połowie drogi, a raczej zostawiłbym je na koniec. Myślę, że moje największe obawy przed pierwszą taką podróżą elektrykiem dotyczyły „ograniczeń”. Szybko przekonałem się, że znajdują się one wyłącznie w mojej głowie. Zmieniłem optykę i spojrzałem na tę podróż inaczej. Okazało się, że w tym przypadku wcale nic mnie nie ograniczało, a wręcz przeciwnie. Dobry plan stał się drogą do spędzania przemiłego dnia w podróży gdzie więcej czasu przebywałem na spacerze po lesie i zwiedzaniu niż za kierownicą samochodu. Odkryłem nowe miejsca i znalazłem czas na bezcenne chwile zachwytu.

Plusy elektryka
Podróż Mazdą MX-30 stała się dla mnie wspaniałą formą edukacji. Odpowiednio przygotowana podróż pozwoliła mi zgrać się z pogodą, a elastyczny plan nie zmuszał mnie do niczego. Pokonywane odległości nie były duże i to sprawiło, że wcale nie odczułem zmęczenia jazdą. Ba, nawet trochę żałowałem, że podróż dobiega końca, bo muszę przyznać, że dla mnie największym plusem Mazdy MX-30 jest komfort jazdy. Brak drgań silnika i jego niemalże bezgłośna praca sprawiają, że na nowym asfalcie czułem jakby unosił mnie poduszkowiec. Jazda jest niezwykle płynna. O tak! Pływanie. To słowo bardzo dobrze oddaje to jak czułem się na drodze. Czułem jakbym dosłownie płynął otoczony ciszą ze wszystkich stron. Potwierdzeniem tej bezgłośnej pracy Mazdy MX-30 były miny mijanych rowerzystów, którzy zdawali się być całkowicie zaskoczeni tym, że nadjechałem z tyłu. Wnętrze bardziej wykończone jest z niebywałą dbałością o detale i to sprawia, że nie chce wysiadać się z auta kiedy z głośników Bose rozbrzmiewa ulubiona muzyka.

Mazda MX-30
Samochody elektryczne burzą schematy. Burzą świat do którego się przyzwyczailiśmy. Często w dyskusjach nt. tych pojazdów mam wrażenie, że kierowcy chcą za wszelką cenę dopasować je do swoich upodobań i przyzwyczajeń. Nie tędy droga. Tak jak Mazdy MX-30 nie napędza benzyna czy diesel, tak myśli o tym samochodzie nie może napędzać spojrzenie na samochód przez pryzmat tego co znamy. Elektryk zmusza użytkownika do odpowiedzi na kilka fundamentalnych pytań. Uzyskując odpowiedzi rośnie „świadomość” o której już wspomniałem. Po krótkiej analizie można szybko zorientować się czy to opcja odpowiednia dla mnie i co wybór elektryka zmienia w moim życiu. Nie jak ja chciałbym zmienić elektryka. Tego nie da się zrobić. Trzeba zaakceptować i pogodzić się ze stanem rzeczy. Przed 100 laty stacje benzynowe były rzadkością. Ludzie w dorożkach śmiali się z mknących pierwszymi samochodami. Dzisiaj wiemy jak potoczyła się historia tego rozwoju gdzie stacje benzynowe spotkamy co kilka kilometrów. Wybierając dzisiaj Mazdę MX-30 trzeba mieć świadomość, że zmiany infrastruktury i myślenia dopiero się rozpoczęły. Potrzeba trochę czasu, aż ta rewolucja nabierze rozpędu. A nabierze z pewnością. Myślę, że warto obserwować te zmiany sunąc bezgłośnie po buspasach w zatłoczonych centrach miast. Mazda MX-30 wychodzi naprzeciw wszystkim tym, którzy chcą być w prowadzącym peletonie. To miłe uczcie kiedy dotykając przycisku „Power” w samochodzie ma się świadomość, że jest się częścią cywilizacyjnej zmiany. 

Zapisz się do newslettera

Dla gospodarzy

Dla gości

Zostałeś zapisany na newsletter Slow Road

Dziękujemy, będziesz otrzymywał powiadomienia o nowych, pięknych miejscach.

Info