Przybyłem do tego miasta bez konkretnego planu. Chciałem sprawdzić, jak przyjmie zupełnie nieprzygotowanego turystę i czy pomoże im mu się odnaleźć. Wcześniej założyłem tylko, że odwiedzę Muzeum Polskiej Piosenki i zoo na wyspie Bolko. Reszta pozostawała niewiadomą. Zwiedzanie bez presji, że trzeba coś zobaczyć, było dla mnie ciekawym doświadczeniem. Z mapy wynikało, że z muzeum do zoo jest dosyć daleko, a miałem zahaczyć o rynek, odbijając lekko w bok.

Czy łatwo zaparkować w jednym z najstarszych miast w Polsce? Zasadniczo nie. Opole ma około 130 tys. mieszkańców, a korki na drogach w środku tygodnia były takie jak w europejskich stolicach. W końcu jednak miejsce dla mazdy się znalazło, a ja udałem się do muzeum.

Muzeum Polskiej Piosenki jest genialne. Już w połowie zwiedzania wiedziałem, że spędzę tam dużo więcej czasu, niż planowałem. Odbyłem wspaniałą podróż przez świat muzyki. Słuchając bardzo starych utworów, uświadomiłem sobie, że nasza świadomość muzyczna rozpoczyna się gdzieś w latach 60. Wystawa jest bardzo dobrze zorganizowana. Przy wejściu otrzymuje się miniodbiornik ze słuchawkami. Po wpisaniu odpowiedniego numeru zostaje odtworzony utwór. Kiedy przechodzimy dalej, jest automatycznie wyciszany aż do wybrania kolejnego. To bardzo pomaga, bo trudno wyobrazić sobie, żeby samo czytanie o muzyce dostarczało wystarczających informacji o niej. Trzeba też jej posłuchać. Po tej wizycie otworzyły mi się oczy na wiele zjawisk i wydarzeń na polskiej scenie. Wcześniej ich nie dostrzegałem lub nie znałem ich kontekstu, choć nie są to wcale dawne dzieje. Zmieniło się to dzięki Muzeum Polskiej Piosenki. Na piętrze można spróbować swoich sił w małej sali nagrań i obejrzeć ciekawe wideoreportaże odkrywające kolejne interesujące historie ze świata polskiej piosenki. Zwiedzanie zajęło mi dobre dwie godziny, a i tak czułem niedosyt. Z pewnością tu wrócę. Musiałem iść dalej, bo Opole to nie tylko piosenka.

Wyszedłem na zewnątrz i spotkało mnie pewne rozczarowanie. Chciałem, żeby drogowskazy poprowadziły mnie prosto do celu, ale żeby przejść przez labirynt budynków do rzeki, musiałem skorzystać z nawigacji w telefonie. Wcześniej udałem się do katedry, w której niestety trwał remont. Przez rynek ruszyłem w kierunku zoo i wyspy Bolko. Na szczęście droga do ogrodu była dobrze oznaczona, inaczej pewnie znów bym pobłądził. Popijając kawę na rynku, przyglądałem się dosyć sennemu życiu w Opolu. Zbaczając niekiedy z trasy, szedłem w kierunku zoo przez most Groszowy i z daleka podziwiałem wieżę Piastowską. Po około 15 minutach spaceru przedostałem się na wyspę Bolko i zmieniłem nieco plany. Skłoniła mnie do tego cisza w parku i październikowe słońce. Jeszcze kilka chwil wcześniej znajdowałem się w środku miasta i poczułem potrzebę złapania oddechu. W tym celu odwiedziłem Klubokawiarnię Laba. Nawet pyszna kawa (druga tego dnia) nie była mnie w stanie wyrwać z błogostanu. Zrezygnowałem z oglądania zwierząt, zawsze wywołuje to we mnie mieszane uczucia. Wybrałem odpoczynek na leżaku, świeże powietrze, śpiew wolnych ptaków i obserwację zabawnych wiewiórek wokół.

Opole bardzo mile mnie zaskoczyło slow. Oczywiście moja ocena opiera się na jednodniowej wizycie w październiku w środku tygodnia, ale zdaje się, że spokój rzadko jest tu zakłócany. Podczas mojego pobytu piękna pogoda sprawiła, że trawniki w parku z każdą godziną zapełniały się kolejnymi osobami chcącymi złapać ostatnie promienie słońca. Mimo to nie przeszkadzało mi to w odpoczynku. Wyjechałem z Opola bogatszy w wiedzę i wypoczęty, z poczuciem, że to był dobry dzień. Uwielbiam miasta, które nie męczą, a to zdecydowanie się do nich zalicza.

Zapisz się do newslettera

Dla gospodarzy

Dla gości

Zostałeś zapisany na newsletter Slow Road

Dziękujemy, będziesz otrzymywał powiadomienia o nowych, pięknych miejscach.

Info